23/03/2026
23 lata w zawodzie. I kilka słów o demokracji…
Za kilka dni kończę kolejny maraton zebrań sprawozdawczych wspólnot mieszkaniowych.
Ten zawód wykonuję od 23 lat.
Kiedyś postanowiłam zmienić swoje życie zawodowe i założyć firmę. Jak to zwykle bywa – największym problemem na początku okazała się… nazwa.
Miałam kilka pomysłów, żadnego pewnego. Poszłam do urzędu zarejestrować działalność i powiedziałam urzędniczce: „mam trzy nazwy i nie mam pojęcia, którą wybrać – może mi pani pomoże?”
Bez chwili wahania odpowiedziała: „Przytulny Kącik”.
I tak zostało.
Na początku było… zabawnie.
Dla mnie ta nazwa była ciepła, domowa. Dla niektórych panów – skojarzenia były już zdecydowanie mniej niewinne. Było trochę konsternacji, trochę śmiechu.
Ale nazwa przetrwała. I ja też.
Dziś, po tych wszystkich latach, po setkach zebrań, konfliktów, remontów i decyzji – mam jedną refleksję:
wspólnoty mieszkaniowe to najczystsza forma demokracji w praktyce.
I niestety – często jej najbardziej gorzka odsłona.
W teorii wszystko wygląda pięknie.
Wspólnota podejmuje decyzje większością głosów. Plan finansowy, remonty, kierunek działania – wszystko zależy od właścicieli.
A w praktyce?
Na zebranie przychodzi garstka osób.
Reszta głosów „dochodzi” miesiącami. Czasem pół roku, czasem rok.
Plan finansowy zakłada 12 miesięcy wpływów a obowiązuje od grudnia bo dopiero w listopadzie stosown uchwała została podjęta.
W latach wysokiej inflacji oznacza to jedno:
matematyka przestaje się zgadzać.
Ale to jeszcze nie jest najtrudniejsze.
Najtrudniejsze są emocje, ambicje i… ludzie.
Bo wystarczy jedna osoba, która chce rządzić.
Nie współpracować – rządzić.
Jeśli nie ulegasz – stajesz się problemem.
Jeśli jesteś merytoryczna – jesteś „niewygodna”.
Jeśli bierzesz odpowiedzialność – przeszkadzasz tym, którzy chcą decydować bez niej.
Widziałam sytuacje, w których jedna osoba sterowała całym zarządem.
Widziałam „rady”, które formalnie nie istnieją, ale próbują przejmować władzę.
Widziałam pełnomocnictwa bez nazwisk, podpisy nie do zweryfikowania, decyzje podejmowane poza jakimikolwiek standardami.
I widziałam też coś jeszcze.
Że często wygrywa nie ten, kto ma rację.
Tylko ten, kto jest głośniejszy, bardziej zdeterminowany… albo bardziej konfliktowy.
Czy mogłam powiedzieć „stop”?
Zakwestionować wszystko, iść w spór?
Mogłam.
Tylko po co zostawać tam, gdzie zaufanie przegrywa z manipulacją?
Dlatego dziś już wiem, że nie każdą wspólnotę trzeba „utrzymać”.
Z niektórych po prostu trzeba odejść.
Na szczęście są też inne miejsca.
Wspólnoty, z którymi pracuję latami.
Gdzie razem robimy remonty, podejmujemy rozsądne decyzje, gdzie jest współpraca i szacunek.
I to one przypominają mi, dlaczego nadal lubię tę pracę.
Ale ten zawód nauczył mnie jeszcze jednego.
Że mechanizmy, które widzę we wspólnotach… są dokładnie takie same jak te, które widzimy w państwie.
Te same emocje.
Te same schematy.
Te same problemy z odpowiedzialnością i świadomością.
I dlatego coraz częściej zadaję sobie pytanie:
czy demokracja to na pewno najlepszy sposób zarządzania?
Bo jeśli patrzeć przez pryzmat wspólnot mieszkaniowych…
to odpowiedź wcale nie jest taka oczywista.
Ale jedno wiem na pewno.
Demokracja nie przegrywa dlatego, że jest zła.
Przegrywa wtedy, gdy ludzie przestają myśleć samodzielnie.
Kiedy oddają głos, bo ktoś był głośniejszy.
Bo ktoś „więcej mówił”.
Bo ktoś „obiecał”.
Albo po prostu — bo nie chciało im się sprawdzić, zrozumieć, zapytać.
Dlatego mam do Was jedną prośbę — jako zarządca z 23-letnim doświadczeniem:
Nie oddawajcie swoich decyzji innym.
Nie podpisujcie tego, czego nie rozumiecie.
Nie ufajcie ślepo tym, którzy najwięcej krzyczą.
Bo wspólnota — czy to mieszkaniowa, czy państwo —
jest dokładnie taka, jak decyzje jej członków.
I to nie „oni” za nią odpowiadają.
Tylko my.