Susz bez ściemy

Susz bez ściemy Te teksty są prawdziwe tylko wtedy, gdy nie są prawdziwe. A jeśli poczuliście,że mówią o W

Jeśli przeczytaliście to o czym piszę i zrozumieliście jego sens, znaczy to, że go nie zrozumieliście, chyba że zrozumieliście, co nie jest niemożliwe ani możliwe.

Historia Polski powinna nas nauczyć pokory. Powinna nauczyć, że największą cenę za polityczne ambicje zawsze płaci społe...
24/03/2026

Historia Polski powinna nas nauczyć pokory. Powinna nauczyć, że największą cenę za polityczne ambicje zawsze płaci społeczeństwo-czyli zwykli ludzie.

Kiedy śmierć zwołuje zebranie      Wczoraj umarł człowiek.I jak to zwykle bywa w takich przypadkach, życie – z właściwym...
09/03/2026

Kiedy śmierć zwołuje zebranie
Wczoraj umarł człowiek.
I jak to zwykle bywa w takich przypadkach, życie – z właściwym sobie poczuciem absurdu – natychmiast rozpoczęło przygotowania do przedstawienia.
Bo śmierć, jak już kiedyś zauważyliśmy w „Teatrze przy zamkniętych powiekach”, jest dziwnym inspicjentem.
Potrafi jednym gestem otworzyć drzwi, których nikt nie potrafił znaleźć przez całe lata.
Teraz więc ludzie zaczynają się pojawiać.
Będą rozmowy szeptane pod kościołem, będą wspomnienia wyciągane z kieszeni jak stare monety będą epitafia na fejsbuku, a w nich wychwalanie jego zasług dla społeczności w której żył, będzie różaniec odmawiany powoli, z tą szczególną powagą, która zawsze pojawia się wtedy, gdy człowiek próbuje uporządkować chaos życia przy pomocy paciorków.
I przyjdzie wielu ludzi.
Zadziwiająco wielu.
To jeden z najbardziej subtelnych mechanizmów ludzkiej natury – coś na kształt filozoficznego paragrafu 22.
Bo kiedy człowiek żyje, jego obecność bywa kłopotliwa.
Może mówić rzeczy niewygodne, może przypominać o ludzkiej słabości, może swoim losem burzyć wygodny porządek świata.
Natomiast kiedy umiera – wszystko staje się prostsze.
Zmarły jest idealnym znajomym.
Nie dzwoni.
Nie prosi.
Nie pojawia się niespodziewanie.
Nie przypomina nikomu o jego własnym sumieniu.
Dlatego właśnie przy trumnie tak łatwo jest być dobrym człowiekiem.
Można stać z powagą, można mówić ciepłe słowa, można nawet uronić łzę – a nikt nie zapyta, gdzie była ta troska kilka miesięcy wcześniej.
Śmierć jest bowiem jedynym momentem, w którym wszyscy otrzymują amnestię za brak czasu.
I tak powstaje osobliwy teatr.
Jedni będą mówić o nim dobrze, inni będą milczeć z namysłem, jeszcze inni będą patrzeć gdzieś w bok, jakby próbowali znaleźć w powietrzu właściwy ton wspomnienia.
A pośród tego wszystkiego będzie unosił się ten dziwny, melancholijny uśmiech filozofii – uśmiech człowieka, który rozumie, że życie ludzkie rzadko jest spójne.
Bo prawda jest taka, że człowiek nigdy nie jest tylko jedną historią.
Każdy z nas jest raczej zbiorem sprzecznych opowieści:
dla jednych jest kłopotem, dla innych wspomnieniem, dla jeszcze innych cieniem, który pojawia się nagle w rozmowie przy stole.
Śmierć niczego z tego nie porządkuje.
Ona tylko zamyka księgę w połowie zdania.
I dlatego pogrzeby są tak dziwnie ludzkie.
Przychodzą na nie ludzie dobrzy i ludzie obojętni.
Przychodzą ci, którzy pamiętają, i ci, którzy przyszli raczej z obowiązku niż z pamięci.
Przychodzą nawet ci, którzy nie bardzo wiedzą dlaczego.
Bo w głębi duszy każdy z nich rozumie jedną rzecz, choć rzadko mówi ją na głos.
Że trumna stojąca przed ołtarzem jest zawsze trochę lustrem.
I że prędzej czy później każdy z nas zagra w tym samym przedstawieniu –
w drugim akcie Teatru przy zamkniętych powiekach,
gdzie publiczność jest liczna, słowa są piękne,
a najważniejszy bohater… już niczego nie słyszy.

Dla Kobiet — w dniu, który wymyśliła ciszaDziś jest Twój dzień.Nie dlatego, że ktoś postawił datę w kalendarzu i podkreś...
08/03/2026

Dla Kobiet — w dniu, który wymyśliła cisza
Dziś jest Twój dzień.
Nie dlatego, że ktoś postawił datę w kalendarzu i podkreślił ją czerwonym długopisem.
Dziś jest Twój dzień, bo świat – ten trochę absurdalny mechanizm złożony z ludzi, spraw i przypadków – od rana działa dzięki Tobie, choć często nawet o tym nie wie.
Jesteś tą, która pamięta.
Pamięta o drobiazgach, które dla innych są niewidzialne – o czyimś smutku, o niedopowiedzianym słowie, o ciszy, która nagle zrobiła się cięższa niż zwykle.
Nosisz w sobie więcej niż pokazujesz i więcej niż planowałaś unieść.
A jednak niesiesz.
Nie czekasz na ratunek.
Nie czekasz na rycerza, który zgubił konia gdzieś pomiędzy rozsądkiem a legendą.
Nie czekasz nawet na oklaski, choć – gdyby świat był trochę bardziej sprawiedliwy – powinny rozbrzmiewać codziennie rano wraz z pierwszą kawą.
Po prostu robisz swoje.
Cicho.
Z tą dziwną, stoicką pogodą ducha, która mówi:
„Tak wygląda życie — więc idziemy dalej.”
A świat, jak to świat, czasem jest jak krzywe lustro w starym cyrku:
powiększa drobiazgi, pomniejsza wielkość, myli ważne z głośnym.
Dlatego dziś ktoś musi powiedzieć jasno:
Widzimy Cię.
Widzimy tę siłę, która wstaje rano, nawet kiedy dusza jeszcze chce zostać pod kołdrą.
Widzimy uśmiech, który bywa delikatną maską dla zmęczonego serca.
Widzimy dobro, które rozdajesz innym – często w tych samych chwilach, kiedy sama najbardziej go potrzebujesz.
I w tym wszystkim jest coś pięknego.
Nie w doskonałości.
Nie w pozorach.
W Tobie.
Bo Twoje piękno nie zaczyna się w lustrze.
Zaczyna się tam, gdzie rodzi się cierpliwość, czułość i odwaga bycia człowiekiem w świecie, który czasem o człowieczeństwie zapomina.
Jesteś światłem.
Nawet wtedy, gdy myślisz, że przygasłaś.
Bo światło – jak zauważyłby jakiś starożytny filozof z ironicznym uśmiechem – ma tę dziwną właściwość, że świeci najmocniej właśnie wtedy, gdy wydaje się najmniejsze.
Dlatego dziś nie musisz niczego udowadniać.
Nikogo ratować.
Nic dźwigać.
Dziś po prostu bądź.
A jeśli świat znów zacznie zachowywać się absurdalnie – co jest jego ulubionym zajęciem – uśmiechnij się do niego z tą melancholijną, stoicką mądrością, którą noszą tylko kobiety.
Bo zasługujesz na wszystko, co dobre.
Dziś.
Jutro.
I we wszystkich tych dziwnych dniach, które dopiero nadejdą.

Metafizyka dziury, czyli paragraf 22 na brukuNa Starym Mieście pojawiła się dziura w jezdni.Nie jest to rzecz nadzwyczaj...
06/03/2026

Metafizyka dziury, czyli paragraf 22 na bruku
Na Starym Mieście pojawiła się dziura w jezdni.
Nie jest to rzecz nadzwyczajna — dziury, podobnie jak myśli filozoficzne, mają tendencję do pojawiania się tam, gdzie wcześniej była jakaś struktura. W tym przypadku była nią niedawno wymieniona kostka brukowa. Kostka, jak to kostka, miała ambicję być trwała, miejska i reprezentacyjna. Jednak życie — a zwłaszcza zima — posiada subtelne poczucie humoru.
Zima bowiem jest trochę jak urzędnik metafizyki: niczego nie robi gwałtownie, lecz systematycznie podważa fundamenty rzeczywistości. Mróz, woda, odwilż. I nagle w idealnej geometrii miejskiej nawierzchni pojawia się drobna ontologiczna wątpliwość: ubytek.
Na początku niewinny.
Potem filozoficzny.
W końcu – komunikacyjny.
Kierowcy zaczynają zwalniać, omijać, kląć pod nosem, a czasem patrzeć w niebo z pytaniem, które od wieków nurtuje ludzkość: czy ktoś za to odpowiada?
I tu wchodzimy w subtelny mechanizm znany z powieści Catch 22 autorstwa Joseph Heller.
Bo żeby naprawić dziurę, trzeba ją zgłosić.
Ale żeby ją zgłosić, ktoś musi uznać, że jest problem.
A problemu nie ma, dopóki komisja nie dokona przeglądu.
A przeglądu nie ma, bo przecież istnieje stały monitoring stanu chodników i jezdni.
A skoro jest monitoring — to dziura nie istnieje.
I tak oto mieszkańcy znajdują się w czystym paragrafie 22 urbanistyki.
Zresztą obietnice przedwyborcze były piękne. Stały monitoring. Czujność. Dbałość o komfort mieszkańców. W powietrzu unosiła się wizja miasta, w którym kostka brukowa trwa niewzruszona jak stoicka cnota, a chodniki pozostają gładkie niczym argumenty filozofa w dobrej formie.
Tymczasem rzeczywistość jest bardziej… egzystencjalna.
Bo gdzieś tam trwa remont alejki — ważnej, potrzebnej, może nawet estetycznie wzruszającej. Włodarz, człowiek z pasją kibica, zapewne spogląda na nią z dumą. A mieszkańcy? Cóż. Mieszkańcy wykonują małe slalomy między ubytkami nawierzchni, praktykując w ten sposób codzienną gimnastykę cierpliwości.
To też pewna szkoła filozofii.
Stoicy powiedzieliby: nie przejmuj się dziurą, przejmuj się własnym stosunkiem do dziury.
Sceptycy dodaliby: może dziura wcale nie istnieje, tylko nasza percepcja jest niedoskonała.
A mieszkańcy i przyjezdni kierowcy powiedzieliby coś krótszego i bardziej dosadnego.
Bo prawda jest taka: w filozofii można wiele wyjaśnić metaforą, ale w zawieszeniu samochodu metafory działają znacznie gorzej.
Wybory — ten szczególny moment w historii demokracji, kiedy dziury w jezdni zaczynają mieć nagle wymiar metafizyczny i wyborczy zarazem. Wtedy bowiem przypomina się stara zasada politycznej fizyki:
przyjezdni po dziurach przejadą,
ale to mieszkańcy przy urnach zatrzymają się na dłużej.
Dlatego może warto — z uśmiechem na ustach, rzecz jasna — dokonać tego drobnego cudu administracyjnego i sprawdzić, czy miejska rzeczywistość nie zaczęła się przypadkiem kruszyć w kilku miejscach.
Bo dziura w jezdni jest jak pytanie filozoficzne.
Na początku mała.
Potem coraz głębsza.
A jeśli zbyt długo się ją omija — potrafi zmienić kierunek całej drogi.
I wtedy nawet paragraf 22 nie pomoże.

Sen publiczny, jawa urzędowa      Niedźwiedź opuścił gawrę. To znaczy: wyszedł z miejsca, w którym przez kilka miesięcy ...
27/02/2026

Sen publiczny, jawa urzędowa
Niedźwiedź opuścił gawrę. To znaczy: wyszedł z miejsca, w którym przez kilka miesięcy dojrzewały sny. Sny, które – jak się okazuje – mają tę cenną właściwość, że po przebudzeniu można je ogłosić rzeczywistością. „Patrzajta ludziska, co ja robiłem” – ryknął, a echo odbiło się od ścian ratusza z taką powagą, jakby samo było uchwałą.
W paragrafie 22 – tym niepisanym, lecz powszechnie stosowanym – istnieje zasada nadrzędna: jeśli coś zostało ogłoszone, to znaczy, że istniało. A jeśli istniało, to było sukcesem. W ten sposób sen staje się inwestycją, fotografia – dowodem, a obecność obietnicy – jej spełnieniem w stanie przedwstępnym.
Zdjęcia są tu szczególną kategorią bytu. Na jednym Niedźwiedź w otoczeniu Tego i Innego. Na drugim – w towarzystwie Kogoś, kto obiecuje gruszki na wierzbie z taką swobodą, jakby sadził całe sady na pustyni. Za rok Kogoś nie będzie, ale zdjęcie pozostanie. W filozofii paragrafu 22 to wystarczy: trwanie obrazu jest trwalsze niż pamięć, a pamięć – jak wiadomo – bywa niebezpieczna.
W tle, niemal niedostrzegalnie, stoją pochlebcy. Ich zadaniem nie jest mówić – ich rolą jest być. Być dowodem na to, że Niedźwiedź nie śnił sam. A obok majaczy jeszcze jedna postać – nie tyle osoba, ile funkcja; cień systemu, który nie potrzebuje imienia. Osoba porządkująca kadry, wygładzająca opowieść, pilnuje, by sen miał właściwą narrację. Nie potrzebuje ryku. Wystarczy spojrzenie. W paragrafie 22 spojrzenie znaczy więcej niż raport. Czy ktoś wspomniał o zimie? O śniegu? O mrozie? O szuraniu łopat i piasku sypanym na oblodzone chodniki? Oczywiście, że nie. Zimy nie było. A skoro nie było zimy, nie było też problemów. Śnieg spadł w sferze prywatnych złudzeń, a mróz był wyłącznie metaforą dla tych, którzy nie potrafili się ogrzać ciepłem komunikatów.
Miasto trwa w ciszy. Nie słychać zamiatania, bo nie ma czego zamiatać. Pracownicy ZUK-u – jak przystało na racjonalny organizm – przygotowują się już do wiosny. Wiosna bowiem jest pewniejsza niż przeszłość. Przeszłość trzeba by bowiem przyznać, opisać, a może nawet rozliczyć. Wiosnę wystarczy zapowiedzieć.
Nie widać także traktorzysty – tego Don Kichota lokalnej meteorologii, który z heroiczną pasją ścigał tych, co twierdzili, że padał śnieg i że było zimno. Dziś jego nieobecność jest najdoskonalszym dowodem łagodności klimatu. Gdy nie ma strażnika prawdy, prawda przestaje być potrzebna.
Zapowiada się sielankowa wiosna. A może nawet lato. Wszystko kwitnie w zapowiedziach. Wszystko dojrzewa w prezentacjach. Wszystko jest gotowe do zbiorów – oprócz owoców.
I tu pojawia się drobne, niemal niezręczne uczucie. Lęk.
Bo paragraf 22 ma jeszcze jedną właściwość: kto zauważy sprzeczność, ten sam staje się jej źródłem. Jeśli powiesz, że śniło się, usłyszysz, że nie rozumiesz realiów. Jeśli wspomnisz o zimie, dowiesz się, że był to jedynie chłodniejszy epizod w narracji sukcesu.
Niedźwiedź uśmiecha się z fotografii. To uśmiech sfinksa – nie wiadomo, czy pyta, czy drwi. Być może jedno i drugie. W końcu zagadka jest prosta: czy rzeczywistość jest tym, co się wydarzyło, czy tym, co zostało ogłoszone?
W paragrafie 22 odpowiedź brzmi: tak.

Ach, Rocznik Suski – feniks z popiołów i makulatury.Okazało się, że zostałem zablokowany na stronie Stowarzyszenie Galea...
24/02/2026

Ach, Rocznik Suski – feniks z popiołów i makulatury.
Okazało się, że zostałem zablokowany na stronie Stowarzyszenie Galea, choć nigdy się tam nie odezwałem- prewencyjnie/tak to się chyba nazywa/. To piękne. Paragraf 22 w lokalnym wydaniu: aby coś powiedzieć, trzeba najpierw zostać zablokowanym; aby zostać zablokowanym, trzeba coś powiedzieć. Logika tak doskonała, że aż nie wymaga faktów.
Można tylko podziwiać prewencyjną czujność. Może pan prezes z panią dyrektorową obawiają się, że mógłbym pomyśleć coś niewłaściwego i palnąć kilka prawdziwych słów. A myśl – jak wiadomo – to pierwszy krok do komentarza. Lepiej więc zamknąć usta, zanim zdążą się otworzyć. Profilaktyka ponad dialog.
Czego boi się muzeum? Czego boi się pan prezes z Stowarzyszenie Galea? Że kupię za dużo egzemplarzy Rocznik Suski i wywołam kryzys papierowy? Spokojnie. Nie kupię. Nie z powodu blokady – z powodu drzew. Naprawdę nie trzeba co roku poświęcać połaci lasu, żeby udowodnić, że coś istnieje. XXI wiek wynalazł e-booki, PDF-y i inne herezje, które nie wymagają piły mechanicznej.
Ironia sytuacji polega na tym, że blokada mówi więcej niż jakikolwiek komentarz. Skoro nie wolno mówić, to znaczy, że słowo ma wagę. A skoro ma wagę – ktoś się go boi. To nawet krzepiące.
W gruncie rzeczy to komplement. Najpierw uznano mnie za potencjalne zagrożenie, potem za realne, a na końcu za takie, które najlepiej unieszkodliwić ciszą. Paragraf 22 działa bez zarzutu – winny jest ten, kto mógłby być winny.
Pozostaje więc stoicki uśmiech. Skoro nie mogę pisać tam, napiszę gdzie indziej. A jeśli ktoś obawia się nadmiaru egzemplarzy, uspokajam: papier przetrwa. Gorzej z odwagą.

Spijanie z Dziubków, czyli traktat o wiecznej sesji       W małym miasteczku czas nie płynie – on protokołuje się. Sesje...
17/02/2026

Spijanie z Dziubków, czyli traktat o wiecznej sesji
W małym miasteczku czas nie płynie – on protokołuje się. Sesje rady odbywają się tam z precyzją szwajcarskiego zegarka, choć bez jego dramatyzmu. Porządek obrad jest jak katechizm: nie do podważenia, nie do interpretacji, nie do czytania ze zrozumieniem. Radni siedzą w swoich stałych miejscach, jakby przyrośli do krzeseł korzeniami administracyjnej fotosyntezy. Przewodniczący z zastępcami zajmują miejsce poczesne, co oznacza, że patrzą z góry – nie metaforycznie, lecz geometrycznie.
Wydawało się jednak, że oto nadchodzi moment dziejowy. Do rady weszła opozycja. Nie jakaś efemeryczna, lecz z prawdziwą radną Maksymalną na czele – imię zobowiązujące do przesady, przynajmniej w teorii. Założyli stronę w Internecie, a to w małym miasteczku jest jak ogłoszenie rewolucji przez megafon w niedzielne popołudnie. Popisali trochę, słowa drżały od patosu, litery ociekały obietnicą dyskusji, sporów, może nawet podniesionych głosów. Człowiek mógł mieć niepłonną nadzieję, że oto demokracja zdejmie kapcie i przejdzie się po sali w butach.
Lecz jak to bywa w metafizyce prowincji – stało się „klops”.
Jeden z opozycjonistów szybko dał sobie siana i przyjął funkcję wiceprzewodniczącego. Gest ten był tak subtelny, że niemal niezauważalny – niczym przejście z buntu w wygodę fotela obitego skórą z budżetu. Inni opozycjoniści ucichli, jakby ktoś przełączył ich z trybu „sprzeciw” na tryb „sza”. Radna Maksymalna, która miała być maksymalna, położyła uszy po sobie i je z ręki włodarza z elegancją kota, który jeszcze wczoraj drapał kanapę, a dziś mruczy na kolanach.
Przeszłość nie była tu mniej malownicza. Przez trzy kadencje wszystko wyglądało podobnie: jednomyślność tak czysta, że można by ją butelkować i sprzedawać jako wodę źródlaną. Gdyby trzeba było, radni daliby sobie uciąć rękę za pana burmistrza – oczywiście nie swoją, lecz w duchu obywatelskiego poświęcenia. Absolutorium przyznawano przez aklamację, czyli przez zbiorowe skinienie głową, przypominające ruch zboża na wietrze. Nikt się nie sprzeciwiał, bo sprzeciw jest jak sól – nadaje smak, ale w nadmiarze szkodzi karierze.
Miało być nowe, a wyszło po staremu. Wszyscy za. Wszyscy zgodni. Wszyscy spijają sobie z Dziubków, jakby budżet był nektarem, a uchwały płatkami róży.
Ostatnia sesja odbyła się kilka dni temu. Ani słowa o zimie. A przecież zima była – mieszkańcy pamiętają ją wyraźnie, choć może była to zbiorowa fatamorgana. Śnieg zalegał, chodniki przypominały lodowiska bez dotacji ministerialnej, a poruszanie się po mieście wymagało albo wiary, albo łyżew. Prezesa ZUK-u nie było widać na sali – kamera go nie pokazała, a skoro kamera nie pokazała, to czy w ogóle istniał? Być może odpowiadał za zimę w sensie platońskim – jako ideę niedoskonałą, która tylko odbijała się w rzeczywistości.
Sam burmistrz w swoim wystąpieniu rozwiał jednak wszelkie metafizyczne wątpliwości. Oświadczył z powagą, że był w terenie. Nie tylko był – wsiadł nawet na ciągnik, co nadało jego misji rys niemal heroiczny. Objazd miał charakter empiryczny, niemal badawczy. Według jego oceny zagrożenia zimą nie było, ponieważ nie otrzymał sygnałów, by karetka gdziekolwiek utknęła ani by samochody grzęzły w zaspach. A skoro sygnałów nie było, to znaczy, że i zasp i oblodzonych chodników nie było – tak przynajmniej wynika z lokalnej epistemologii. Rzeczywistość, jak wiadomo, istnieje tylko wtedy, gdy zostanie zgłoszona w odpowiednim formularzu.
Mieszkańcy mogli co prawda pamiętać poślizgi, opóźnienia i spacer w pozycji narciarza biegowego, lecz pamięć bywa zawodna. Ciągnik natomiast jest argumentem ciężkim gatunkowo. Skoro włodarz siedział za jego kierownicą i nie dostrzegł dramatu, to być może dramat miał charakter zbyt subtelny, by zasłużyć na wzmiankę w sprawozdaniu.
Filozoficznie rzecz ujmując, sesja rady jest teatrem absurdu, w którym każdy zna swoją rolę, ale nikt nie zna sensu sztuki. Głosowania odbywają się jak rytuały plemienne, w których podniesiona ręka ma moc oczyszczającą. Milczenie jest tu cnotą kardynalną, a jednomyślność – najwyższą formą transcendencji.
Nowy włodarz zdaje się preferować obecność na wydarzeniach sportowych i kulturalnych, co jest strategią ontologicznie bezpieczną: łatwiej przeciąć wstęgę niż przeciąć problem. Może jednak któregoś dnia, zamiast błyszczeć w świetle reflektorów, zechce przetestować empirycznie stan chodników – nie życząc mu źle, wystarczyłoby drobne potknięcie egzystencjalne, aby doznał iluminacji poprzez kontakt z rzeczywistością. Filozofowie nazywają to doświadczeniem granicznym; mieszkańcy – zwykłym upadkiem.
Nadchodzi wiosna. W przyrodzie wszystko budzi się do życia, nawet nadzieja. Pąki pękają, ptaki śpiewają, a mieszkańcy czekają. Czekanie jest tu najważniejszą formą aktywności obywatelskiej. Czekają, aż radni przestaną być dekoracją, a burmistrz przestanie być bywalcem, a stanie się gospodarzem. Czekają z melancholijnym spokojem stoików, którzy wiedzą, że świat jest, jaki jest, ale mimo to sprawdzają prognozę pogody.
Bo w małym miasteczku wszystko może się zmienić – pod warunkiem, że ktoś podniesie rękę nie tylko do głosowania, lecz także do zadania pytania.
Na razie jednak ręce unoszą się zgodnie, jak w ćwiczeniach porannych. A absurd, z sardonicznym uśmiechem, notuje kolejne „za”.

17/02/2026
W związku z licznymi pytaniami napływającymi na priv – pytaniami zadawanymi szeptem, półgłosem, a czasem między jednym m...
13/02/2026

W związku z licznymi pytaniami napływającymi na priv – pytaniami zadawanymi szeptem, półgłosem, a czasem między jednym mrugnięciem oka a drugim – wyjaśniam rzecz następującą.
Administrator strony „Susz bez ściemy” istnieje. A skoro istnieje, to znaczy, że ktoś nim jest. Logika jest tu bezlitosna jak urzędowa pieczątka. Tym kimś jestem ja.
Strona powstała z potrzeby dość prostej, choć w naszych czasach niemal surrealistycznej: żeby mówić o tym, co się dzieje w Suszu. O rzeczach małych, dziwnych, czasem zabawnych, czasem takich, przy których człowiek drapie się w głowę i zastanawia, czy to jeszcze rzeczywistość, czy już teatr absurdu.
Jeśli więc coś zauważyłeś – dziurę w chodniku wielkości filozoficznego pytania, decyzję tak zagadkową jak prognoza pogody sprzed tygodnia, albo sytuację, która sprawia, że człowiek mówi: „to się nie mieści w głowie” – możesz napisać.
A jeśli boisz się napisać u siebie, bo w dzisiejszych czasach nawet cień potrafi mieć opinię, wyślij wiadomość na priv.
Tu jednak pojawia się paragraf 22.
Bo jeśli ktoś chce coś powiedzieć publicznie, ale boi się powiedzieć publicznie – to znaczy, że powinien powiedzieć to gdzie indziej.
A jeśli powie to gdzie indziej, to znaczy, że jednak chciał to powiedzieć publicznie.
A skoro chciał – to znaczy, że nie powinien się bać.
Ale skoro się boi – to znaczy, że jednak powinien.
Dlatego właśnie istnieje ta strona.
Możesz przesłać informację, zdjęcie, opis sytuacji albo gotowy tekst.
Jeśli nie chcesz albo nie możesz opublikować go u siebie – prześlij go do mnie. Po sprawdzeniu zostanie opublikowany tutaj.
Krótko mówiąc:
jeśli coś w Suszu dzieje się naprawdę – spróbujemy o tym napisać.
A jeśli okaże się, że to tylko absurd… tym bardziej warto to opisać, bo absurd – jak wiadomo – najlepiej czuje się w świetle dziennym.

„Ja mówię, ty słuchasz”     „Ja mówię, ty słuchasz” – tak było wczoraj, jest dzisiaj i zapewne zostanie w repertuarze ju...
12/02/2026

„Ja mówię, ty słuchasz”
„Ja mówię, ty słuchasz” – tak było wczoraj, jest dzisiaj i zapewne zostanie w repertuarze jutra.
Dwaj bracia pojawiają się zawsze w duecie, jak refren, którego nikt nie nucił, a który uparcie wraca między zwrotkami. Łączy ich nie tyle podobieństwo twarzy, co wspólna konstrukcja myślowa – prosta, solidna, pozbawiona zbędnych pięter. Architektura bez balkonów. Bez okien dachowych. Czysty funkcjonalizm.
Noszą na głowach światło dnia bez żadnych przeszkód. Natura uprościła im fryzury do wersji minimalistycznej, co w słoneczne popołudnia daje efekt sygnalizacji ostrzegawczej. Można powiedzieć – przejrzyście. Transparentność bywa ich najmocniejszą stroną.
Ich sylwetki zdradzają przywiązanie do stabilności. To postawa, która mówi: „Nie gonię świata. Świat może krążyć wokół mnie.” Mundur – szczególnie ten od świąt i uroczystości – nadaje im wymiar uroczysty. Tkanina bywa napięta, ale ambicja jeszcze bardziej. W remizie są kimś. Tam mikrofon wzmacnia głos, a echo uprzejmie go podwaja.
Jeden z braci nosi w sobie historię, którą mógłby sprzedać scenarzystom tragikomedii. W jego życiu nastąpiła roszada personalna o charakterze towarzysko-sąsiedzkim. Można by rzec: reorganizacja jednostki. Zmiana załogi. Wóz bojowy zaparkował pod innym adresem. Od tamtej pory każde jego słowo ma w tle cichy sygnał alarmowy – nie taki, który wzywa do akcji, raczej taki, który przypomina, że kiedyś coś się paliło.
Od czasu owej życiowej roszady szczególną czujność budzą w nim symbole. Zwłaszcza te, które natura wyposażyła w rozłożyste, dumne rozgałęzienia. Trudno powiedzieć, czy to kwestia nadwrażliwości estetycznej, czy prywatnej mitologii, ale motyw leśnego majestatu z koroną wyrastającą z czoła wywołuje w nim widoczne zakłócenie równowagi. Jakby świat z uporem przypominał, że metafory mają korzenie głębsze, niż chcielibyśmy przyznać. Jesień — pora godów i szelestu liści — bywa dla niego czasem szczególnie kontemplacyjnym.
Drugi brat funkcjonuje jak rzecznik prasowy niewidzialnej komisji do spraw poprawności cudzych zdań. Gdy tylko ktoś wyrazi myśl bez konsultacji z ich centralą, natychmiast rozpoczyna się kontrola jakości. Fakty są u nich materiałem elastycznym – można je przyciąć, rozciągnąć, a w razie potrzeby odwrócić na drugą stronę.
Najbardziej fascynująca jest jednak ich relacja z myśleniem. Myśl, kiedy do nich dociera, zatrzymuje się na chwilę przy wejściu, jak petent w urzędzie bez numerka. Procedura jest długa. Analiza polega głównie na powtarzaniu pierwszego wrażenia, aż stanie się wnioskiem. W ich świecie refleksja bywa traktowana podejrzliwie – zbyt skomplikowana konstrukcja mogłaby naruszyć stabilność stropu.
Gdyby intelekt był sportem, trenowaliby raczej marsz w miejscu. Konsekwentnie. Z zapałem. Z przekonaniem, że ruch jest imponujący, jeśli wykonuje się go wystarczająco długo. Są w tym wytrwali – a wytrwałość potrafi sprawiać wrażenie głębi.
„Ja mówię, ty słuchasz”.
Największy paradoks polega na tym, że im gorliwiej poprawiają cudze słowa, tym wyraźniej zdradzają, że czytają je z uwagą niemal nabożną. Inaczej nie wiedzieliby, gdzie wbić przecinek, który ma zaboleć. Ich sprzeciw jest formą uczestnictwa. Ich atak – rodzajem zależności.
Może więc nie są strażnikami prawdy. Może są tylko kolekcjonerami cudzych zdań, które próbują przerobić na własne trofea. Może potrzebują cudzego głosu, by zagłuszyć własną ciszę.
A ja nadal mówię.
Oni nadal słuchają.
Potem mówią, że to oni zaczęli rozmowę.
I w tym właśnie tkwi najczystszy absurd — że bez mojego głosu nie mieliby z czym walczyć, a bez walki nie mieliby kim być.

BTW,
Jeśli przeczytaliście to co napisałem powyżej i zrozumieliście jego sens, znaczy to, że go nie zrozumieliście, chyba że zrozumieliście, co nie jest niemożliwe ani możliwe. Ten tekst jest prawdziwy tylko wtedy, gdy nie jest prawdziwy, a jeśli poczuliście, że mówi o Was, to znaczy, że mówi o mnie, choć wcale nie mówi.

Zima w naszej gminie nie przyszła. Ona została ogłoszona. Najpierw spadła uchwałą, potem poprawką do budżetu, a na końcu...
11/02/2026

Zima w naszej gminie nie przyszła. Ona została ogłoszona. Najpierw spadła uchwałą, potem poprawką do budżetu, a na końcu komunikatem, że „sytuacja jest pod kontrolą”. Śnieg padał poziomo, pionowo i proceduralnie. Mróz trzymał nie tylko asfalt, lecz także odpowiedzialność – ta zamarzła na dobre i do dziś nie doczekała się odwilży.
Miasteczko i okoliczne wioski zostały sparaliżowane w sposób tak doskonały, że można by go wpisać do rejestru zabytków. Chodniki zasypane po kolana, jezdnie przypominały lodowiska, tylko bez łyżew i bez oklasków. Późniejsze oblodzenie miało tę zaletę, że przynajmniej było uczciwe – nie udawało, że da się po nim chodzić. Mieszkańcy sunęli jak metafory po cienkim lodzie, samochody poruszały się wyłącznie w teorii.
W tym czasie pracownicy ZUK-u zapadli się pod ziemię. Dosłownie nikt ich nie widział. Być może prowadzili podziemne konsultacje społeczne z kretami. Kierownictwo gminy, z włodarzem na czele, radnymi i osobą odpowiedzialną za porządek, również wybrało tryb hibernacji. Władza zapadła w sen zimowy, z którego wybudza ją wyłącznie dźwięk mikrofonu i zapach grilla.
I nagle – cud. Ogłoszono WOŚP.
Ziemia zadrżała, śnieg się cofnął, a z podziemi wyłonili się pracownicy ZUK-u niczym bohaterowie epopei. Przez kilka dni przygotowywali lodowisko – dla jednego pokazu jednej osoby, lodowisko tak starannie wygładzone, że aż podejrzane. Odśnieżono plażę dla morsów (bo przecież mors nie może brodzić w śniegu jak zwykły obywatel), wytyczono trasę dla walkingowców, wygładzono ją niemal do granic metafizyki. Kamera kochała każdy płatek śniegu usunięty w świetle reflektorów.
Miasto i jego mieszkańcy mogli poczekać. Chodniki? Ulice? Starsza pani z torbą zakupów? Proszę bardzo, poczekają do następnej imprezy. Zima jest długa, a kalendarz eventowy napięty.
No i doczekaliśmy się „spędu noworocznego”. Wtedy stało się coś jeszcze bardziej wzruszającego. Przez dwa dni pracownicy ZUK-u i sprzęt pracowicie odgarniali i czyścili trasę od SOK-u do CSIR-u – do czysta, do samej kostki chodnikowej i asfaltu. Można było odnieść wrażenie, że ta konkretna trasa została uznana za korytarz ewakuacyjny dla bardzo ważnych butów.
Zapomniano tylko o czerwonym chodniku, którym po uroczystościach zaproszeni baronowie udali się na posiłek i lampkę szampana. Może uznano, że czerwony i tak symbolicznie pasuje do dywanu. Hołota obdarowana medalami mogła wrócić do domu, zadowolona z ochłapów uznania i z odmrożonych palców. Medale nie grzeją, ale za to ładnie brzęczą.
Szczytem wszystkiego było jednak ogłoszenie z dumą zakupu samojezdnego sprzętu do odśnieżania boiska. Chodniki zasypane, ludzie brodzą po śniegu jak w nieudanej adaptacji „Lodu”, a włodarz informuje, że pojazd ze zdjęcia będzie odśnieżał boisko. Boisko! To jest ten moment, w którym rzeczywistość zaczyna się śmiać pierwsza.
Ja brodzę w śniegu po kostki, próbując przejść chodnikiem, a on opowiada o odśnieżaniu boiska. Dzisiaj sprawdziłem – boisko zasypane, piłkarze ostatni mecz rozegrali w pobliskim mieście. Maszyna do odśnieżania boiska istnieje więc głównie w sferze symbolicznej, jak obietnice wyborcze i świąteczne iluminacje w marcu.
W „Paragrafie absurdu” pada zdanie: „Paragraf 22 stanowił, że jeśli ktoś jest w stanie latać na misje bojowe, to nie jest wariatem. A jeśli prosi o zwolnienie z lotów, to znaczy, że jest normalny i musi dalej latać.” W naszej gminnej wersji ten przepis brzmi tak: jeśli miasto jest sparaliżowane, to znaczy, że wszystko działa. A jeśli ktoś narzeka, to najwyraźniej nie rozumie strategii odśnieżania boiska.
I tu dochodzimy do sedna. Kluczowa myśl jest prosta jak nieodśnieżony chodnik: priorytety zostały postawione na głowie. Zwykły mieszkaniec ma czekać. Ma brodzić. Ma się ślizgać. Ma milczeć. Za to imprezy mają błyszczeć, trasy dla VIP-ów mają lśnić, a zdjęcia w mediach społecznościowych mają być czyste jak kostka brukowa przed CSIR-em.
Co będzie dalej? Minie zima. Przyjadą dmuchańce, pojawi się piwo, kiełbasa i śpiew jakiegoś zaśpiewajły. Będzie scena, będą uśmiechy, będą podziękowania za „wspólne budowanie lokalnej wspólnoty”. I wielu zapomni, jak brnęło w śniegu po kolana, jak omijało zaspy, jak zastanawiało się, czy dziś dojdzie do sklepu bez złamania nogi.
Absurd polega na tym, że wszyscy to widzą, ale lokalny paragraf absurdu mówi: jeśli przychodzisz na festyn, to znaczy, że jest dobrze. A jeśli mówisz, że jest źle, to pewnie nie lubisz kiełbasy.
Pytanie brzmi nie czy zima wróci – bo wróci. Pytanie brzmi, czy ludzie w końcu przestaną traktować odśnieżony fragment trasy dla notabli jako dowód sprawnego zarządzania. Bo dopóki najważniejsze będzie boisko na zdjęciu, a nie chodnik pod nogami mieszkańca, dopóty będziemy żyć w gminie, w której śnieg pada selektywnie – głównie na tych, którzy nie mają mikrofonu.
A na koniec warto przypomnieć coś, o czym wielu zdaje się zapominać – internet to takie ustrojstwo, w którym nic nie ginie. Nie giną zdjęcia. Nie giną słowa. Nie giną uśmiechy szeroko rozlane nad świeżo odśnieżonym odcinkiem dla wybranych. Nie giną zapewnienia o „pełnej kontroli sytuacji” ani dumne prezentacje sprzętu, który miał zbawiać rzeczywistość, a zbawił co najwyżej kadr fotograficzny.
Będzie trudno zarzucać kłamstwo komuś, kto te wszystkie dowody samozadowolenia będzie trzymał w garści – zapisane, udostępnione, opatrzone datą i godziną. W epoce cyfrowej pamięć ma dłuższy oddech niż zimowa kampania wizerunkowa.
Warto też pamiętać, że pycha kroczy przed upadkiem. Jeżeli obiecywano pracę od podstaw, szorowanie własnymi giczałami chodników, zachowywanie się jak normalny człowiek wśród normalnych ludzi – to trzeba tego dotrzymać. Pacta sunt servanda wciąż pozostaje aktualne, nawet jeśli próbuje się je przykryć dmuchańcem, kiełbasą i estradowym refrenem.
Bo czas rozliczeń, niestety, zbliża się nieubłaganie. A wtedy nie będzie się liczyć, kto pierwszy przeciął wstęgę ani kto stał najbliżej mikrofonu. Liczyć się będzie to, kto stał najbliżej ludzi – zwłaszcza wtedy, gdy brodzili w śniegu.

Adres

Susz
Susz
14-240

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Susz bez ściemy umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Udostępnij

Kategoria