Susz bez ściemy

Susz bez ściemy Te teksty są prawdziwe tylko wtedy, gdy nie są prawdziwe. A jeśli poczuliście,że mówią o W

Jeśli przeczytaliście to o czym piszę i zrozumieliście jego sens, znaczy to, że go nie zrozumieliście, chyba że zrozumieliście, co nie jest niemożliwe ani możliwe.

24/07/2026

Cisza, która gra
Są takie wydarzenia, które nie potrzebują sceny, głośników ani konfetti. Nie przyjeżdżają na nie politycy, nie przecina się wstęg, nie słychać fanfar. A jednak dzieje się tam coś znacznie ciekawszego niż na wielu oficjalnych uroczystościach. W sali gimnastycznej ustawiono dziesiątki stołów. Przy nich siedzą ludzie. Pięciolatki i siedemdziesięciolatkowie. Obok samochody z rejestracjami z całej Polski, namioty, śmiech, rozmowy i mały york, który podobno od kilku psich lat wiernie uczestniczy w tych spotkaniach. Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko gra. Ale przecież człowiek od wieków spotykał się nie dlatego, że musiał, lecz dlatego, że chciał być z drugim człowiekiem.
Po raz piąty do Susza przyjechało ponad dwieście osób. Nie dlatego, że obiecano im darmowe kiełbaski, koncert gwiazdy jednego sezonu czy zdjęcie z kimś, kto akurat pełni urząd. Przyjechali dla wspólnej pasji. Sami zorganizowali zlot, skrzyknęli się przez Facebooka, producent gry dorzucił niewielkie wsparcie i wystarczyło. Okazuje się, że gdy ludzi naprawdę coś łączy, nie potrzeba wielkich budżetów. Potrzeba tylko dobrej woli.
Najbardziej fascynujące nie jest jednak samo wydarzenie. Najbardziej fascynująca jest cisza wokół niego.
Gdyby przypadkowy przechodzień nie zajrzał za drzwi sali, mógłby odnieść wrażenie, że w Suszu nic się nie dzieje. Ponad dwieście osób z całej Polski spędza tutaj pięć dni, korzysta z noclegów, sklepów, restauracji, poznaje miasto, opowiada o nim znajomym. Marketingowcy nazwaliby to promocją marzeń. Tymczasem miejscowa rzeczywistość zachowuje się tak, jakby ktoś przykrył całe wydarzenie niewidzialnym kocem. Nie ma transmisji na żywo. Nie ma obowiązkowych zdjęć osób, które potrafią znaleźć się na fotografii szybciej niż fotograf zdąży wyjąć aparat. Nie ma uroczystych przemówień o integracji społecznej, innowacyjności ani budowaniu marki miasta. Jest za to coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Impreza udaje się sama. A przecież świat współczesny zdaje się wierzyć, że wydarzenie istnieje dopiero wtedy, gdy zostało opublikowane piętnaście razy i opatrzone odpowiednią liczbą uśmiechniętych twarzy patrzących w obiektyw bardziej niż na ludzi obok siebie.
Paragraf 22 działa tutaj z matematyczną precyzją. Jeśli wydarzenie promują oficjele, jest sukcesem, nawet gdy niewiele się dzieje. Jeśli wydarzenie organizują zwykli ludzie i odnosi ono prawdziwy sukces, nie istnieje, bo nikt ważny nie zdążył się przy nim sfotografować. A skoro nie istnieje, nie trzeba o nim mówić. Logika doskonała. Tak doskonała, że aż absurdalna.
Patrzyłem na tych ludzi pochylonych nad kostkami Rummikuba i pomyślałem, że być może właśnie tak wygląda normalność, o której coraz częściej zapominamy. Bez hałasu. Bez ideologii. Bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Kilkaset osób spotyka się tylko dlatego, że lubi swoje towarzystwo. Dzisiaj brzmi to niemal jak fantastyka naukowa. Heraklit powiedział, że charakter człowieka jest jego losem. Być może charakter wspólnoty jest również jej losem. Bo jedne społeczności potrafią dostrzec skarb leżący u własnych stóp, a inne przez lata szukają złota na horyzoncie, nie zauważając, że depczą po nim każdego dnia. A współczesny filozof Alain de Botton zauważył, że największą sztuką jest dostrzec to, co niezwykłe w tym, co zwyczajne. Może właśnie dlatego dwieście osób przy stołach z kolorowymi kostkami mówi o Suszu więcej niż niejedna oficjalna uroczystość z fanfarami i przemówieniami.
Nie mam oczywiście pretensji do ciszy. Cisza często jest mądrzejsza od huku. Zastanawia mnie tylko, dlaczego tak często milknie właśnie wtedy, gdy wydarza się coś naprawdę wartościowego. Może odpowiedź jest prostsza, niż chcielibyśmy przyznać. Blask reflektorów nie zawsze pada tam, gdzie świeci prawdziwe światło.A jednak nie ma powodu do rozpaczy. Dopóki ludzie potrafią przyjechać z drugiego końca Polski, usiąść naprzeciw siebie przy jednym stole, śmiać się, rozmawiać i cieszyć wspólnie spędzonym czasem, świat jeszcze nie zapomniał, czym jest wspólnota.
Reszta? Cóż... za tydzień kolejne Dni Susza i jak zawsze, znowu zobaczymy flesze, transmisje i obowiązkowe uśmiechy. Ale mnie w pamięci pozostanie obraz sali pełnej ludzi, którzy nie przyjechali po to, by ich zauważono. Przyjechali, żeby po prostu być razem. I mam dziwne przeczucie, że historia zapamiętuje właśnie takich ludzi znacznie dłużej niż tych, którzy nie potrafią przejść obok aparatu fotograficznego obojętnie.

Ostatni WieczorekCzas jest jedynym muzykiem, który nigdy nie fałszuje. Gra zawsze tę samą melodię. Najpierw allegro młod...
18/07/2026

Ostatni Wieczorek
Czas jest jedynym muzykiem, który nigdy nie fałszuje. Gra zawsze tę samą melodię. Najpierw allegro młodości, potem spokojniejsze andante dojrzałości, aż w końcu pozostaje ciche adagio, którego nikt nie zamawiał, a jednak wszyscy dostają je w pakiecie z metryką. Patrzę na zdjęcie tych ludzi i widzę coś więcej niż kilka uśmiechniętych twarzy z instrumentami. Widzę taśmy magnetofonowe, które odmawiają starzenia. Widzę parkiet Domu Kultury, jeszcze zanim ogień postanowił dopisać do jego historii ostatni rozdział. Widzę dziewczyny w sukienkach szytych przez mamy i chłopaków przekonanych, że gitara elektryczna jest przepustką do nieśmiertelności. W tamtych czasach nie grali dla zasięgów. Grali dlatego, że serce nie znało jeszcze słowa "algorytm".
Dzisiaj włosy pobielały, brzuchy stały się bardziej rozmowne od właścicieli, kolana prowadzą własną politykę zagraniczną, a okulary coraz częściej szukają nosa niż nut. Jedynie pani Basia jakby podpisała z czasem jakiś dyskretny układ, o którym reszta zespołu najwyraźniej nie została poinformowana.
To jednak nie jest opowieść o starości. To opowieść o odwadze.
Bo trzeba mieć odwagę, żeby po pięćdziesięciu albo sześćdziesięciu latach znowu stanąć na scenie. Nie po to, żeby udowodnić światu własną wielkość. Świat jest dziś zajęty czymś znacznie ważniejszym. Przewijaniem ekranu. Trzeba stanąć tam dla własnej pamięci. Dla chłopaka, który kiedyś pierwszy raz podłączył gitarę do wzmacniacza i pomyślał, że życie będzie trwało wiecznie. Absurd polega na tym, że dzień wcześniej tłumy będą śpiewać z Boys i Milano. Refreny, które znają wszyscy, popłyną nad placem jak konfetti. Następnego dnia wyjdą ludzie, których nazwano legendami suskiej estrady. I nagle okaże się, że legenda nie zawsze oznacza pełny plac. Czasami oznacza kilka rzędów krzeseł, rodzinę machającą z pierwszego rzędu i paru znajomych, którzy pamiętają więcej, niż chcieliby pamiętać. Paragraf dwudziesty drugi uśmiecha się wtedy swoim krzywym uśmiechem. Jeśli przyjdzie mało ludzi, powiedzą, że legendy już nikogo nie interesują. Jeśli przyjdzie dużo, usłyszymy, że przyszli z sentymentu, a nie dla muzyki. W obu przypadkach wyrok został wydany jeszcze przed pierwszym akordem. Świat uwielbia mieć rację bardziej niż słuchać.
Przypomniał mi się pewien koncert sprzed kilku lat. Na scenie stał syn Pata Methenyego. Muzyk, którego niejeden klub jazzowy na świecie przyjąłby z otwartymi ramionami. Tymczasem pod sceną dominowały kotlety, kufle piwa i rozmowy o wszystkim, tylko nie o muzyce. Blues rozpuszczał się w zapachu smażonej cebuli. Nie dlatego było mi przykro, że publiczność nie znała nazwiska. Było mi przykro dlatego, że piękno grało kilka metrów od ludzi, a oni wybrali talerz. Trudno mieć do nich pretensje. Głód żołądka jest konkretny. Głód duszy najczęściej nie wie nawet, że istnieje. Dlatego nie wiem, ilu ludzi przyjdzie pierwszego sierpnia. Może będzie ich garstka. Może pół Susza. A może wydarzy się jeden z tych cudów, które nie trafiają do telewizji. Kilka pokoleń stanie obok siebie i na chwilę zapomni, kto ma siedemnaście lat, a kto siedemdziesiąt.
Bo muzyka ma dziwny zwyczaj znoszenia kalendarzy.
Może któryś wnuk spojrzy na swojego dziadka z gitarą i po raz pierwszy zrozumie, że zanim został dziadkiem, był chłopakiem, który zakochiwał się przy tych samych dźwiękach. Może ktoś rozpozna melodię, przy której pierwszy raz zatańczył z przyszłą żoną. A może ktoś po prostu zamknie oczy i na kilka minut odzyska twarz, którą dawno temu zostawił w spalonym Domu Kultury. Stoicy powiedzieliby, że wszystko przemija. I mieli rację. Tylko że nie powiedzieli wszystkiego. Są chwile, które nie walczą z przemijaniem. One po prostu idą z nim pod rękę. Dlatego wierzę, że ten koncert nie będzie próbą zatrzymania czasu. Będzie czymś znacznie piękniejszym. Będzie ukłonem wobec niego.
A kiedy wybrzmi ostatni akord, nikt nie będzie młodszy niż przed koncertem. Za to wielu może poczuć się przez chwilę dokładnie tak młodo, jak wtedy, gdy życie dopiero stroiło instrumenty.

Osiemdziesiąt lat i jedna lekcja pokory        Osiemdziesiąte urodziny klubu piłkarskiego to nie jest zwykła rocznica. T...
12/07/2026

Osiemdziesiąt lat i jedna lekcja pokory
Osiemdziesiąte urodziny klubu piłkarskiego to nie jest zwykła rocznica. To trochę tak, jakby stary dąb zaprosił wszystkich, którzy kiedyś odpoczywali w jego cieniu. Przychodzą dzieci z piłkami większymi od własnych marzeń, dawni zawodnicy z kolanami pamiętającymi każdy wślizg, trenerzy noszący w oczach więcej wspomnień niż taktycznych tablic, prezesi obecni i byli, kibice, którzy od dawna wiedzą, że najwierniejszym zawodnikiem w futbolu jest czas. Czas nigdy nie schodzi z boiska.
Byłem tam. Wśród śmiechu najmłodszych, zapachu kiełbasek, lodów topniejących szybciej niż polityczne obietnice i dźwięku rozmów, które po latach brzmią bardziej jak modlitwa niż zwykła pogawędka. Były mecze dzieci, byli oldboje, była drużyna urzędu z burmistrzem. Były podziękowania, uściski dłoni i zdjęcia robione tak, jakby aparat potrafił zatrzymać młodość choć na kilka sekund.
Patrzyłem na tych dawnych piłkarzy. Nie zostało ich wielu. Czas jest najskuteczniejszym selekcjonerem. Nie pyta o formę, nie interesuje go liczba zdobytych bramek ani ilość rozegranych spotkań. Po prostu wywołuje nazwiska, a człowiek w końcu odpowiada obecnością tylko we wspomnieniach. I właśnie wtedy przyszła do mnie dziwna myśl. Stadion przypomina ogromny album rodzinny. Murawa jest zieloną kartką pamięci, bramki są ramkami starych fotografii, a każda linia na boisku wygląda jak zmarszczka na twarzy historii. Nawet piłka zdaje się wiedzieć, że życie nie polega na tym, aby zawsze wpadać do właściwej bramki. Jest jednak coś przewrotnego w tej pięknej uroczystości. Świętujemy osiemdziesiąt lat klubu w chwili, gdy pierwsza drużyna spada do B klasy. To trochę tak, jakby podczas jubileuszu kapitana statku ogłoszono, że od jutra będzie pływał po stawie zamiast po morzu. Stadion pięknieje. Murawa zachwyca. Budynki robią wrażenie. Jest nawet tablica świetlna, która potrafi wyświetlić każdy wynik. Szkoda tylko, że technologia nie przewidziała funkcji wymazywania wstydu.
Bo gdzieś głęboko tkwi ten cierń. Wynik szesnaście do jednego. Są porażki, które bolą tydzień. Są takie, które bolą sezon. I są takie, które zapisują się w kronikach jak plama po czerwonym winie na białym obrusie. Można ją przykryć talerzem, ale każdy wie, że tam jest.
Absurd tej sytuacji przypomina trochę świat z Paragrafu 22. Im lepsze mamy warunki, tym gorszy wynik. Im piękniejszy stadion, tym niższa liga. Im bardziej człowiek chce zapomnieć o wyniku, tym częściej ktoś go przypomina. Gdyby logikę futbolu pisał autor Paragrafu 22, zapewne ustaliłby, że awans przysługuje wyłącznie tym, którzy spadli wystarczająco efektownie, a zwycięzcy mają obowiązek tłumaczyć się z tego, dlaczego wygrali. Ale może właśnie dlatego sport jest tak podobny do życia. Człowiek przez większość czasu nie walczy z przeciwnikiem. Walczy z własnym rozczarowaniem. Z pokusą, aby po jednej przegranej uwierzyć, że całe życie było pomyłką. Tymczasem historia pokazuje coś zupełnie innego. Wielkość rodzi się nie wtedy, gdy tłumy klaszczą. Wielkość rodzi się wtedy, gdy po stadionie zostaje cisza, a mimo to ktoś następnego dnia otwiera szatnię.
Patrzyłem na dzieci biegające za piłką. One jeszcze nie wiedzą, czym jest spadek. Dla nich liczy się to, że piłka jest okrągła, trawa zielona, a świat pachnie latem. I może właśnie dlatego to one są najmądrzejszymi filozofami tego dnia. Nie analizują tabel. Nie rozpamiętują porażek. Grają.
Mądry człowiek powiedziałby, że nie mamy wpływu na wynik, ale mamy wpływ na sposób, w jaki przyjmiemy wynik. Piłkarz może przegrać mecz, lecz dopiero jego pycha przegrywa człowieka. Pokora nie jest porażką. Jest szatnią, z której wychodzi się silniejszym. Osiemdziesiąt lat Unii Susz to przecież nie osiemdziesiąt lat samych zwycięstw. To osiemdziesiąt lat ludzi, którzy zakochali się w herbie, w murawie i w tym przedziwnym uczuciu, że dziewięćdziesiąt minut potrafi pomieścić więcej emocji niż niejeden rok życia. Tabela zmienia się co sezon. Pamięć zostaje znacznie dłużej. A wynik szesnaście do jednego? Niech pozostanie cierniem. Czasami właśnie cierń nie pozwala zasnąć sumieniu. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek wyciągnie cierń i razem z nim wyrzuci odwagę.
Bo spadek nie jest końcem drogi. Jest miejscem, z którego najlepiej widać, jak wysoko jeszcze można się wspiąć. A i B klasa nie jest wyrokiem. Jest pytaniem. I tylko od ludzi zależy, czy odpowiedzą na nie pracą, czy wymówkami.
Jak mawiają doświadczeni ludzie futbolu, mistrzem nie jest ten, kto nigdy nie upadł. Mistrzem jest ten, kto po każdym upadku znajduje w sobie odwagę, aby ponownie wyjść na boisko.
Oby za kilka lat, podczas kolejnego jubileuszu, wynik szesnaście do jednego był już tylko anegdotą opowiadaną z uśmiechem. Bo największą porażką nie jest spadek do niższej ligi. Największą porażką byłoby uwierzyć, że właśnie tam jest nasze miejsce.
Nie wstyd upaść z ligi. Wstyd przestać wierzyć, że warto wrócić. Bo tabela pamięta jeden sezon, a historia pamięta tych, którzy potrafili wstać.
Razem tworzymy piłkarską społeczność Unii Susz !!!

Niech pan nas wypuści-kilka refleksji po triathlonie 2026Szedłem spokojnie chodnikiem, kiedy usłyszałem podniesione głos...
28/06/2026

Niech pan nas wypuści-kilka refleksji po triathlonie 2026
Szedłem spokojnie chodnikiem, kiedy usłyszałem podniesione głosy. Nie był to krzyk kibica zachwyconego finiszem ani okrzyk zawodnika walczącego z własnym organizmem. To był zwyczajny ludzki głos, w którym mieszała się bezradność z narastającą frustracją. Kobieta powtarzała tylko jedno zdanie: „Proszę, niech pan nas wypuści”. To zdanie zostało ze mną na dłużej niż wszystkie komunikaty spikera o rekordach, emocjach i historycznych momentach. Dwóch młodych ludzi w czarnych koszulkach z dobrze znanym w Suszu napisem stało niewzruszenie niczym strażnicy porządku nowego świata. Prośby o kontakt z przełożonym kwitowali uśmiechem. W tle rozlegał się głos spikera informujący, że do startu pozostało dziesięć minut / była 14:06, niedziela/. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że oto uczestniczę w przedstawieniu, którego scenariusz napisał sam paragraf 22.
Jeżeli mieszkasz w mieście, lub przyjechałeś na imprezę sportową, musisz zaakceptować, że przez chwilę nie możesz z niego wyjechać.
Jeżeli pytasz dlaczego, znaczy, że nie rozumiesz idei sportu.
Jeżeli chcesz wrócić do domu, najwyraźniej przeszkadzasz w promocji miasta.
Sport, który miał łączyć ludzi, nagle zaczął ich zatrzymywać.
Na plaży sytuacja wyglądała równie surrealistycznie. Nowe pomosty, zbudowane za niemałe pieniądze, świeciły pustkami podczas porannych startów. Mieszkańcom nie wolno było na nie wejść. Młoda dziewczyna, nabuzowana złością informowała, że wstęp mają tylko ludzie z plakietkami. Widocznie widok jeziora oglądany z desek pomostu stawał się dobrem reglamentowanym. Dostęp mieli wybrani. Reszta mogła podziwiać zakazy. Ciekawa rzecz, że np. tym wybranym okazał się sąsiad, który dumnie chodził z plakietką media/ ten jeden jedyny dzień/. Gdyby jeszcze pracował w wodociągach ,eh :). Pomyślałem wtedy, że współczesny świat ma niezwykły talent do budowania rzeczy, z których później nie wolno korzystać. To zresztą nie dotyczy tylko pomostów. Budujemy instytucje, które służą regulaminom bardziej niż ludziom. Tworzymy wydarzenia dla mieszkańców, a potem ustawiamy barierki oddzielające mieszkańców od wydarzeń.
Najbardziej absurdalny obraz zobaczyłem jednak podczas porannego startu jednej z niedzielnej konkurencji. Do wody miało wejść około czterystu pięćdziesięciu zawodników. Organizatorzy, chcąc zachować bezpieczeństwo, wypuszczali ich trójkami. Efekt był doprawdy surrealistyczny. Ostatni zawodnicy otrzymali zgodę na start w chwili, gdy pierwsi wychodzili już z wody po zakończeniu etapu pływackiego. Śmieszne? Owszem. Prawdziwe? Niestety również. Trudno o bardziej wymowny symbol tego, że skala przedsięwzięcia zaczyna zjadać własną logikę. Nie jest to zarzut wobec organizatorów, lecz pytanie o granicę, po przekroczeniu której rozwój zaczyna przypominać karykaturę samego siebie. Najbardziej jednak poruszył mnie widok dzieci biegnących po rozgrzanym asfalcie, podczas gdy kilkadziesiąt metrów obok ciągnęła się zacieniona alejka nad jeziorem. Być może organizacyjnie wszystko się zgadzało. Być może regulamin nie pozostawiał wyboru. Tylko czasem warto zapytać, czy regulamin nadal służy człowiekowi, czy człowiek zaczął służyć regulaminowi.
Przez dwa dni słyszałem opowieści o znakomitej organizacji i najlepszych kibicach. Nie zamierzam z tym polemizować. Każdy ma prawo do własnych zachwytów. Ja widziałem jednak coś innego. Widziałem coraz mniej mieszkańców zainteresowanych samymi zawodami. Coraz więcej osób przyjeżdża z zawodnikami i dla zawodników. To oni tworzą tłum. Gdyby ich odjąć, obraz wyglądałby zupełnie inaczej. Od dawna powtarzam zdanie, które dla jednych brzmi jak prowokacja, a dla innych jak herezja.” Im więcej triathlonu, tym mniej triathlonu.” Nie dlatego, że zawodnicy są gorsi. Wręcz przeciwnie. Oni nadal walczą z własnymi słabościami i zasługują na najwyższy szacunek.
Mniej jest natomiast tego, co kiedyś było najcenniejsze. Wspólnoty. Prostoty. Poczucia, że wydarzenie wyrasta z miasta, a nie tylko odbywa się na jego terenie.
Trochę ironicznie uśmiechnąłem się również na myśl, że konkurencję dla wielkiego sportowego święta zrobiły pobliskie Kisielice, zapraszając wieczorem znany zespół disco polo. Życie ma przedziwne poczucie humoru. Czasami wielkie strategie marketingowe przegrywają z prostą potrzebą ludzi, żeby razem pośpiewać i pobawić się przez kilka godzin.
Może właśnie dlatego coraz częściej przypomina mi się maksyma współczesnego filozofa. Kiedy forma staje się ważniejsza od sensu, człowiek zaczyna organizować wydarzenia, zamiast wydarzenia organizować człowieka.
Najbardziej przejmujące nie były jednak barierki, zakazy ani puste pomosty.
Najbardziej przejmujące było jedno zdanie.
„Proszę, niech pan nas wypuści”.
Ta kobieta chciała tylko wyjechać z miasta. Jeszcze mogła, bo pozostało do startu kilka minut. A tak musiała czekać jeszcze w tym strasznym upale na betonie kilka godzin
A być może, zupełnie nieświadomie, wypowiedziała zdanie, które stało się metaforą naszych czasów.

Na koniec przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl. Przez oba dni największe skupiska ludzi nie znajdowały się przy pomostach, strefach zmian ani pod banerami sponsorów. Ludzie instynktownie szukali cienia pod nielicznymi drzewami, które ocalały z wycinki sprzed kilku lat. Paradoks naszych czasów polega na tym, że najcenniejszym elementem całej tej nowoczesnej infrastruktury okazało się to, czego nie udało się jeszcze zniszczyć. Przecież jeszcze niedawno plażę otaczały topole, brzozy i klony. Dawały cień, chłód i oddech. Dzisiaj, gdy słońce zamieniało teren zawodów w rozgrzaną patelnię, ludzie tłoczyli się właśnie pod tymi nielicznymi drzewami, które przetrwały. Natura po raz kolejny udzieliła człowiekowi cichej lekcji pokory. Można wybudować pomosty, postawić sceny, rozstawić setki barierek i banerów, można stworzyć widowisko z rozmachem, ale jednego wciąż nie potrafimy zastąpić. Cienia starego drzewa. I może właśnie w tym kryje się najpiękniejsza ironia całego weekendu. Największą wartością okazało się nie to, co człowiek zbudował, lecz to, czego nie zdążył wyciąć.
Człowiek buduje coraz więcej, organizuje coraz więcej, produkuje coraz więcej, a na końcu okazuje się, że najbardziej potrzebuje czegoś prostego i pierwotnego. Ciszy. Cienia. Drzewa. Rozmowy. Zrozumienia. Empatii, zwykłej ludzkiej empatii.
________________________________________
Suplement
Żeby jednak nie było, że podczas tego weekendu nie spotkałem ani jednego zadowolonego mieszkańca Susza, muszę uczciwie napisać, że spotkałem.
Miał może dwanaście lat. Szedł ulicą z ogromnym workiem wypchanym po brzegi puszkami i butelkami zwrotnymi. Wór był prawie większy od niego.
Zagadnąłem go.
Z uśmiechem opowiadał, że cieszy się, iż butelki są kaucyjne i że po takiej imprezie można ich nazbierać naprawdę dużo.
Zapytałem, co zrobi z zarobionymi pieniędzmi.
Odpowiedział bez chwili zastanowienia.
„Kupię słodycze”.
I wiecie Państwo co?
To była chyba najbardziej szczera i najbardziej wymierna korzyść, jaką podczas całego weekendu usłyszałem od mieszkańca Susza.
Reszta pozostała już w sferze wielkich słów o promocji, rozpoznawalności, prestiżu i dumie.
Chłopiec mówił o cukierkach.
I jakoś dziwnie łatwiej było mi uwierzyć właśnie jemu.

Im więcej triathlonu, tym mniej TriathlonuZa kilka dni odbędzie się kolejny triathlon i po raz kolejny zadaję sobie pyta...
23/06/2026

Im więcej triathlonu, tym mniej Triathlonu
Za kilka dni odbędzie się kolejny triathlon i po raz kolejny zadaję sobie pytanie: po co i dla kogo organizuje się go w takiej formie? Pytanie wydaje się zasadne, bo nie wiem, czy ktoś z czytających policzył, ile różnych konkurencji odbędzie się przez dwa dni na niewielkiej suskiej plaży. Oprócz zawodów będą tam przecież występy artystów, stoiska handlowe, sponsorzy, konferansjerzy i cała otoczka współczesnego sportowego festynu. Samych konkurencji będzie szesnaście. Zastanawiam się więc, kto poza komisją sędziowską naprawdę orientuje się, co w danym momencie się dzieje. Kto z mieszkańców Susza jest w stanie śledzić ten wielowątkowy spektakl. Owszem, widzą zawodników pływających, jadących na rowerach i biegnących po ulicach, ale ilu z nich wie, kto startuje, w jakiej kategorii, o jakie miejsce walczy i która konkurencja właśnie trwa? Klaszczą, krzyczą bo tak wypada robić- zachęcają do wysiłku. Oczywiście spiker nieustannie informuje, że ktoś właśnie przekroczył linię mety, że padł rekord, że jesteśmy świadkami czegoś wyjątkowego. Problem polega jednak na tym, że gdy wszystko staje się wyjątkowe, wyjątkowe nie jest już nic. Współczesny świat bardzo przypomina w tym względzie politykę i media. Każdy dzień jest historyczny, każda decyzja przełomowa, każde wydarzenie bezprecedensowe. A kiedy codziennie ogłasza się koniec świata, ludzie po pewnym czasie przestają zwracać uwagę. Patrząc na rozwój triathlonu, mam czasem wrażenie, że dopadł go ten sam paradoks. Pamiętam pierwsze zawody. Startowało kilkadziesiąt osób. Panowała rodzinna atmosfera. Kibice przechodzili od jednej konkurencji do drugiej, rozmawiali ze sobą i dopingowali zawodników. W centrum wydarzeń znajdował się człowiek oraz jego wysiłek. Dzisiaj coraz częściej w centrum znajduje się organizacyjna machina.
To trochę jak słynny paragraf 22. Jeśli impreza jest mała, mówi się, że nie rozwija się wystarczająco. Jeśli staje się duża, traci przejrzystość i swój pierwotny charakter. Jeśli chce się przyciągnąć sponsorów, trzeba stworzyć widowisko. Jeśli tworzy się widowisko, sportowiec staje się jednym z jego elementów. A kiedy sportowiec staje się elementem widowiska, trzeba wszystkim przypominać, że przecież nadal chodzi o sport.
Może właśnie dlatego coraz częściej odnoszę wrażenie, że im więcej mamy triathlonu, tym mniej pozostaje w nim tego, co kiedyś było najważniejsze. Bo prawdziwy triathlon nigdy nie rodził się ze scen, banerów, reklam i głośników. Rodził się z prostego spotkania człowieka z własnymi słabościami. Człowieka, który wchodził do wody mimo strachu, wsiadał na rower mimo zmęczenia i biegł dalej, choć wszystko w nim podpowiadało, żeby się zatrzymać. I być może właśnie tam, gdzie kończy się widowisko, a zaczyna zwykły ludzki wysiłek, nadal można odnaleźć prawdziwego ducha triathlonu.
I na koniec:
Czy można zatrzymać tę gigantomanię? Oczywiście, że można. Problem polega na tym, że dziś niemal każda impreza musi być większa od poprzedniej, bo organizatorzy, sponsorzy i politycy uwierzyli, że sukces mierzy się liczbą uczestników, scen, reklam i komunikatów prasowych. Tymczasem nie każda rzecz rośnie, stając się lepsza. Wiele rzeczy, gdy przekroczą pewną granicę, zaczyna tracić swój sens. Burmistrz nie powinien pytać wyłącznie, ilu zawodników przyjedzie do miasta i ile zdjęć pojawi się w mediach. Powinien zapytać mieszkańców, czy nadal czują, że jest to ich wydarzenie. Powinien zastanowić się, czy triathlon służy jeszcze lokalnej społeczności, czy już głównie własnej promocji i statystykom. Być może warto wrócić do prostszej formuły: mniej konkurencji, większa przejrzystość, więcej miejsca dla kibiców i mieszkańców. Czasami odwaga nie polega na tym, by zrobić coś większego. Czasami prawdziwa odwaga polega na tym, by powiedzieć: „dość”. Bo nie wszystko, co rośnie, rozwija się. Niektóre rzeczy po prostu puchną.

Triathlon. Jak sport charakteru stał się produktem - Bajka o IronmenieKażda wielka historia zaczyna się podobno od marze...
22/06/2026

Triathlon. Jak sport charakteru stał się produktem - Bajka o Ironmenie
Każda wielka historia zaczyna się podobno od marzenia. Historia triathlonu zaczęła się od czegoś znacznie bardziej przyziemnego, od sporu. Nie od ministerialnego programu rozwoju sportu, nie od sztabu ekspertów i nie od korporacyjnej strategii marketingowej. Zaczęła się od zwykłego ludzkiego pytania, które od wieków napędza większość sportowych dyskusji: kto jest twardszy? W latach siedemdziesiątych na Hawajach grupa żołnierzy, biegaczy i pływaków zaczęła zastanawiać się, która dyscyplina wymaga największej wytrzymałości. Pływanie, kolarstwo czy bieganie? Zamiast organizować konferencję naukową, postanowili sprawdzić to w praktyce. Połączyli trzy istniejące dyscypliny sportowe w jedną całość i uznali, że ten, kto ukończy taką próbę, zasługuje na miano Ironmana. Tak narodził się współczesny triathlon. Nie było wielkich pieniędzy, sponsorów ani kampanii reklamowych. Był człowiek, woda, rower, droga i własna słabość. Przeciwnikiem nie był zawodnik obok, lecz głos w głowie mówiący, że już wystarczy. To właśnie dlatego triathlon tak szybko zdobył popularność. Oferował coś, czego coraz bardziej brakowało w nowoczesnym świecie. Nie obiecywał komfortu ani łatwych sukcesów. Nie dawał skrótów. Mówił wprost, że jeśli chcesz dotrzeć do mety, musisz sam wykonać całą pracę. Przez kolejne dekady sport rozwijał się błyskawicznie. Powstawały nowe zawody, federacje i kategorie wiekowe. Triathlon wyszedł poza Hawaje i zdobył niemal cały świat. W 2000 roku znalazł się nawet w programie igrzysk olimpijskich. Stał się symbolem wytrzymałości, samodyscypliny i konsekwencji. Wraz z popularnością pojawił się jednak ktoś jeszcze. Najpierw przyszły firmy oferujące sprzęt i wsparcie dla zawodników. Później pojawiły się marki budujące wokół triathlonu całe biznesowe imperia. W końcu zaczęto przekonywać ludzi, że bez odpowiedniego wyposażenia nie da się osiągnąć sukcesu. Nagle okazało się, że do pływania potrzebna jest specjalistyczna pianka za kilka tysięcy złotych. Do jazdy nie wystarczy rower, potrzebny jest rower aerodynamiczny kosztujący tyle, co używany samochód. Do biegania nie wystarczą dobre buty, muszą być wyposażone w najnowsze rozwiązania technologiczne. Do treningu nie wystarczy zegarek, konieczny jest komputer treningowy, miernik mocy, pulsometr, kilka aplikacji i abonamentów.
Marketing wykonał swoją pracę wyjątkowo skutecznie. Przekonał tysiące ludzi, że sukces zależy bardziej od sprzętu niż od charakteru. Że klucz do osiągnięć kryje się w kolejnych zakupach. Że granica między amatorem a mistrzem przebiega nie przez liczbę przepracowanych godzin, lecz przez zawartość portfela. Oczywiście rozwój technologii jest faktem i współczesny sprzęt rzeczywiście bywa lepszy od tego sprzed czterdziestu lat. Problem zaczyna się wtedy, gdy technologia przestaje być narzędziem, a staje się celem samym w sobie. Łatwiej sprzedać nowy model roweru niż cierpliwość. Łatwiej sprzedać suplement niż systematyczność. Łatwiej sprzedać marzenie niż codzienny trening o świcie, kiedy pada deszcz i człowiek najchętniej zostałby w łóżku. Współczesny triathlon coraz częściej przypomina rynek, na którym handluje się obietnicami. Dawniej sprzedawano wizję sukcesu poprzez ciężką pracę. Dziś często sprzedaje się wizję sukcesu poprzez kolejne zakupy.
A przecież istota triathlonu od początku była zupełnie inna. Nie chodziło o rower, piankę, zegarek czy logo na stroju. Chodziło o człowieka. O człowieka, który wchodzi do wody mimo strachu, wsiada na rower mimo zmęczenia i biegnie dalej, choć wszystko w nim krzyczy, żeby się zatrzymał. To właśnie taki człowiek stworzył triathlon i to on pozostaje jego największą wartością. Warto o tym pamiętać, zanim kolejna reklama przekona nas, że najważniejszym mięśniem w sporcie jest karta kredytowa. Dlatego podczas zawodów najbardziej lubię patrzeć nie na tych, którzy błyszczą najnowszym sprzętem i wyglądają jak żywa reklama katalogu sportowego. Moją uwagę przyciągają ci, którzy przyjechali na zwykłym rowerze, mają może mniej nowoczesny strój, ale za to nie zgubili po drodze tego, co w sporcie najważniejsze. Uśmiechają się do kibiców na trasie, potrafią podziękować wolontariuszom, zamienić kilka słów z innymi zawodnikami. Na mecie nie padają teatralnie na ziemię, jakby właśnie uratowali świat. Przekraczają linię końcową z uśmiechem, machają do zgromadzonych ludzi i zwyczajnie cieszą się chwilą. Patrząc na nich, mam wrażenie, że zobaczyłem prawdziwego ducha triathlonu. Widać, że nie ścigają się z całym światem. Widać, że nie próbują nikomu niczego udowadniać. Uprawiają ten sport, bo sprawia im radość. Bo pozwala na chwilę wyrwać się z codzienności, odłożyć na bok problemy i poczuć, że człowiek wciąż potrafi stawiać sobie wyzwania.
I być może właśnie oni najlepiej przypominają, czym triathlon miał być od samego początku. Nie wyścigiem sprzętu, marek i zasobności portfela, lecz spotkaniem człowieka z własnymi ograniczeniami. A kiedy po wszystkim na mecie pozostaje jeszcze siła na uśmiech, to znak, że wygrało się coś znacznie cenniejszego niż miejsce w klasyfikacji.

Przemyślenia triathlonowego fana        W ubiegłym roku dosyć uważnie obserwowałem kolejne  etapy rozgrywanego triatlonu...
20/06/2026

Przemyślenia triathlonowego fana
W ubiegłym roku dosyć uważnie obserwowałem kolejne etapy rozgrywanego triatlonu. Siedziałem przy kolejnych trasach jednego z takich wielkich świąt współczesnego samozmęczenia i miałem wrażenie, że uczestniczę jednocześnie w zawodach sportowych, rekolekcjach motywacyjnych i zbiorowym eksperymencie socjologicznym sponsorowanym min.przez producenta napojów izotonicznych. Z głośników leciała muzyka, spiker krzyczał, co tam krzyczał-On się wprost wydzierał, majacząc o „przekraczaniu granic”, a obok starszy pan jadł spokojnie kiełbasę z budki i patrzył na wszystko z miną człowieka, który przeżył już kilka mód na zbawienie świata przez cierpienie. Biegli więc ci nasi współcześni herosi. Jedni jeszcze pełni dumy, inni już lekko kołyszący się jak filozofowie po zbyt długiej rozmowie z losem. Na twarzach mieszało się uniesienie z biologicznym dramatem. Człowiek widział, że organizm mówi „proszę przestań”, ale ambicja odpowiadała „jeszcze tylko zdjęcie na mecie”.
Najbardziej uderzyło mnie jednak to, że całe to widowisko przypominało trochę dzisiejszą Polskę w miniaturze. Wszyscy zmęczeni. Wszyscy coś udowadniają. Wszyscy biegną szybciej niż naprawdę chcą, bo boją się, że jeśli zwolnią, to świat uzna ich za przegranych. Nawet tutaj, na trasie, nie było zwykłego człowieka. Byli wojownicy, fighterzy, zdobywcy, ludzie „wychodzący ze strefy komfortu”. Jakby zwykłe życie stało się czymś wstydliwie niewystarczającym. Patrzyłem na tych ludzi owiniętych folią termiczną i pomyślałem, że antyczni stoicy mieliby dziś materiał na kilka nowych tragedii. Dawniej człowiek szukał sensu pod oliwką albo w ciszy świątyni. Dzisiaj szuka go w strefie finiszera między reklamą suplementów a kolejką po darmowego banana.
A jednak trudno było ich całkiem wyśmiać. Bo pod tym całym absurdem kryło się coś bardzo ludzkiego. Pragnienie, żeby jeszcze coś poczuć. Żeby wyrwać się z codziennej nijakości, z kredytów, wiadomości, politycznych awantur i wiecznego lęku o jutro. Może dlatego ludzie tak chętnie zamieniają weekend w kontrolowaną katastrofę organizmu .bo przynajmniej przez chwilę mają poczucie, że żyją naprawdę.
Tylko że współczesność ma okrutny talent do zamieniania każdej autentycznej potrzeby w produkt. Nawet transcendencję można dziś kupić w pakiecie startowym z koszulką techniczną i rabatem na masaż regeneracyjny. I kiedy tak patrzyłem na kolejnych dobiegających do mety, coraz bardziej miałem wrażenie, że największym buntem naszych czasów nie byłoby przebiec sto kilometrów. Największym buntem byłoby chyba wrócić do domu bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Usiąść wieczorem w ciszy. Nie mierzyć pulsu. Nie publikować relacji. Nie zamieniać własnego istnienia w nieustanny projekt do optymalizacji.
Bo może prawdziwie wolny człowiek to już nie ten, który biegnie najszybciej, ale ten, który potrafi usiąść na ławce obok mety i spokojnie patrzeć, jak reszta świata desperacko ściga własne wyobrażenia o wielkości. A potem spokojnie wrócić do domu, zrobić herbatę, otworzyć okno i odkryć ze zdziwieniem, że życie, to prawdziwe - wcale nie czekało na mecie.
Na marginesie, jak czytam, słucham opowiastek uczestników triathlonów, to zauważam pewną zadziwiającą prawidłowość. Niezależnie od wieku, wyniku i długości dystansu niemal zawsze powracało jedno zdanie:
„Chciałem/am się sprawdzić”.
To bardzo ciekawe określenie. Współczesny człowiek najwyraźniej żyje w permanentnym podejrzeniu wobec samego siebie. Nie ufa własnemu istnieniu, dopóki nie potwierdzi go zegarek sportowy, numer startowy albo medal zawieszony na szyi. Kiedyś komuś napisałem, że jeśli naprawdę chce się sprawdzić, to proponuję prostsze rozwiązanie. Wziąć szpadel, udać się na pobliski dziesięcioletni ugór i przekopać hektar ziemi. Po ośmiu godzinach człowiek będzie wiedział o sobie więcej niż po setce motywacyjnych podcastów i trzech sezonach sportowych wyzwań. A przy okazji zrobi coś pożytecznego dla natury, zamiast produkować kolejne zdjęcie z hasztagiem o przekraczaniu granic. Podejrzewam jednak, że problem nie leży w samym sprawdzaniu. Problem leży w tym, że coraz mniej wiemy, czego właściwie człowiek szuka. Biegniemy więc, płyniemy, pedałujemy i mierzymy wszystko, co da się zmierzyć, bo gdzieś po cichu liczymy, że na końcu tabelki znajdziemy odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy.
A odpowiedź, jak to zwykle bywa, siedzi prawdopodobnie w miejscu najmniej atrakcyjnym marketingowo. Nie na mecie. Nie na podium. Nawet nie na tym nieszczęsnym ugorze.
Siedzi gdzieś pomiędzy umiejętnością działania a umiejętnością odpuszczania.
Bo może prawdziwie wolny człowiek nie musi już bez przerwy się sprawdzać. Wie, ile jest wart, nawet wtedy, gdy nikt nie mierzy mu czasu. I właśnie dlatego potrafi czasem usiąść na ławce obok mety, popatrzeć na pędzący świat z lekkim filozoficznym uśmiechem i uznać, że nie każdy wyścig wart jest tego, by w nim wystartować.
Aha, setakmyślę, że największą dojrzałością nie jest ciągłe testowanie własnych granic, lecz pogodzenie się z tym, że człowiek nie musi codziennie udowadniać światu swojego istnienia.

Adres

Susz
Susz
14-240

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Susz bez ściemy umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij

Kategoria