11/02/2026
Zima w naszej gminie nie przyszła. Ona została ogłoszona. Najpierw spadła uchwałą, potem poprawką do budżetu, a na końcu komunikatem, że „sytuacja jest pod kontrolą”. Śnieg padał poziomo, pionowo i proceduralnie. Mróz trzymał nie tylko asfalt, lecz także odpowiedzialność – ta zamarzła na dobre i do dziś nie doczekała się odwilży.
Miasteczko i okoliczne wioski zostały sparaliżowane w sposób tak doskonały, że można by go wpisać do rejestru zabytków. Chodniki zasypane po kolana, jezdnie przypominały lodowiska, tylko bez łyżew i bez oklasków. Późniejsze oblodzenie miało tę zaletę, że przynajmniej było uczciwe – nie udawało, że da się po nim chodzić. Mieszkańcy sunęli jak metafory po cienkim lodzie, samochody poruszały się wyłącznie w teorii.
W tym czasie pracownicy ZUK-u zapadli się pod ziemię. Dosłownie nikt ich nie widział. Być może prowadzili podziemne konsultacje społeczne z kretami. Kierownictwo gminy, z włodarzem na czele, radnymi i osobą odpowiedzialną za porządek, również wybrało tryb hibernacji. Władza zapadła w sen zimowy, z którego wybudza ją wyłącznie dźwięk mikrofonu i zapach grilla.
I nagle – cud. Ogłoszono WOŚP.
Ziemia zadrżała, śnieg się cofnął, a z podziemi wyłonili się pracownicy ZUK-u niczym bohaterowie epopei. Przez kilka dni przygotowywali lodowisko – dla jednego pokazu jednej osoby, lodowisko tak starannie wygładzone, że aż podejrzane. Odśnieżono plażę dla morsów (bo przecież mors nie może brodzić w śniegu jak zwykły obywatel), wytyczono trasę dla walkingowców, wygładzono ją niemal do granic metafizyki. Kamera kochała każdy płatek śniegu usunięty w świetle reflektorów.
Miasto i jego mieszkańcy mogli poczekać. Chodniki? Ulice? Starsza pani z torbą zakupów? Proszę bardzo, poczekają do następnej imprezy. Zima jest długa, a kalendarz eventowy napięty.
No i doczekaliśmy się „spędu noworocznego”. Wtedy stało się coś jeszcze bardziej wzruszającego. Przez dwa dni pracownicy ZUK-u i sprzęt pracowicie odgarniali i czyścili trasę od SOK-u do CSIR-u – do czysta, do samej kostki chodnikowej i asfaltu. Można było odnieść wrażenie, że ta konkretna trasa została uznana za korytarz ewakuacyjny dla bardzo ważnych butów.
Zapomniano tylko o czerwonym chodniku, którym po uroczystościach zaproszeni baronowie udali się na posiłek i lampkę szampana. Może uznano, że czerwony i tak symbolicznie pasuje do dywanu. Hołota obdarowana medalami mogła wrócić do domu, zadowolona z ochłapów uznania i z odmrożonych palców. Medale nie grzeją, ale za to ładnie brzęczą.
Szczytem wszystkiego było jednak ogłoszenie z dumą zakupu samojezdnego sprzętu do odśnieżania boiska. Chodniki zasypane, ludzie brodzą po śniegu jak w nieudanej adaptacji „Lodu”, a włodarz informuje, że pojazd ze zdjęcia będzie odśnieżał boisko. Boisko! To jest ten moment, w którym rzeczywistość zaczyna się śmiać pierwsza.
Ja brodzę w śniegu po kostki, próbując przejść chodnikiem, a on opowiada o odśnieżaniu boiska. Dzisiaj sprawdziłem – boisko zasypane, piłkarze ostatni mecz rozegrali w pobliskim mieście. Maszyna do odśnieżania boiska istnieje więc głównie w sferze symbolicznej, jak obietnice wyborcze i świąteczne iluminacje w marcu.
W „Paragrafie absurdu” pada zdanie: „Paragraf 22 stanowił, że jeśli ktoś jest w stanie latać na misje bojowe, to nie jest wariatem. A jeśli prosi o zwolnienie z lotów, to znaczy, że jest normalny i musi dalej latać.” W naszej gminnej wersji ten przepis brzmi tak: jeśli miasto jest sparaliżowane, to znaczy, że wszystko działa. A jeśli ktoś narzeka, to najwyraźniej nie rozumie strategii odśnieżania boiska.
I tu dochodzimy do sedna. Kluczowa myśl jest prosta jak nieodśnieżony chodnik: priorytety zostały postawione na głowie. Zwykły mieszkaniec ma czekać. Ma brodzić. Ma się ślizgać. Ma milczeć. Za to imprezy mają błyszczeć, trasy dla VIP-ów mają lśnić, a zdjęcia w mediach społecznościowych mają być czyste jak kostka brukowa przed CSIR-em.
Co będzie dalej? Minie zima. Przyjadą dmuchańce, pojawi się piwo, kiełbasa i śpiew jakiegoś zaśpiewajły. Będzie scena, będą uśmiechy, będą podziękowania za „wspólne budowanie lokalnej wspólnoty”. I wielu zapomni, jak brnęło w śniegu po kolana, jak omijało zaspy, jak zastanawiało się, czy dziś dojdzie do sklepu bez złamania nogi.
Absurd polega na tym, że wszyscy to widzą, ale lokalny paragraf absurdu mówi: jeśli przychodzisz na festyn, to znaczy, że jest dobrze. A jeśli mówisz, że jest źle, to pewnie nie lubisz kiełbasy.
Pytanie brzmi nie czy zima wróci – bo wróci. Pytanie brzmi, czy ludzie w końcu przestaną traktować odśnieżony fragment trasy dla notabli jako dowód sprawnego zarządzania. Bo dopóki najważniejsze będzie boisko na zdjęciu, a nie chodnik pod nogami mieszkańca, dopóty będziemy żyć w gminie, w której śnieg pada selektywnie – głównie na tych, którzy nie mają mikrofonu.
A na koniec warto przypomnieć coś, o czym wielu zdaje się zapominać – internet to takie ustrojstwo, w którym nic nie ginie. Nie giną zdjęcia. Nie giną słowa. Nie giną uśmiechy szeroko rozlane nad świeżo odśnieżonym odcinkiem dla wybranych. Nie giną zapewnienia o „pełnej kontroli sytuacji” ani dumne prezentacje sprzętu, który miał zbawiać rzeczywistość, a zbawił co najwyżej kadr fotograficzny.
Będzie trudno zarzucać kłamstwo komuś, kto te wszystkie dowody samozadowolenia będzie trzymał w garści – zapisane, udostępnione, opatrzone datą i godziną. W epoce cyfrowej pamięć ma dłuższy oddech niż zimowa kampania wizerunkowa.
Warto też pamiętać, że pycha kroczy przed upadkiem. Jeżeli obiecywano pracę od podstaw, szorowanie własnymi giczałami chodników, zachowywanie się jak normalny człowiek wśród normalnych ludzi – to trzeba tego dotrzymać. Pacta sunt servanda wciąż pozostaje aktualne, nawet jeśli próbuje się je przykryć dmuchańcem, kiełbasą i estradowym refrenem.
Bo czas rozliczeń, niestety, zbliża się nieubłaganie. A wtedy nie będzie się liczyć, kto pierwszy przeciął wstęgę ani kto stał najbliżej mikrofonu. Liczyć się będzie to, kto stał najbliżej ludzi – zwłaszcza wtedy, gdy brodzili w śniegu.