24/07/2026
Cisza, która gra
Są takie wydarzenia, które nie potrzebują sceny, głośników ani konfetti. Nie przyjeżdżają na nie politycy, nie przecina się wstęg, nie słychać fanfar. A jednak dzieje się tam coś znacznie ciekawszego niż na wielu oficjalnych uroczystościach. W sali gimnastycznej ustawiono dziesiątki stołów. Przy nich siedzą ludzie. Pięciolatki i siedemdziesięciolatkowie. Obok samochody z rejestracjami z całej Polski, namioty, śmiech, rozmowy i mały york, który podobno od kilku psich lat wiernie uczestniczy w tych spotkaniach. Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko gra. Ale przecież człowiek od wieków spotykał się nie dlatego, że musiał, lecz dlatego, że chciał być z drugim człowiekiem.
Po raz piąty do Susza przyjechało ponad dwieście osób. Nie dlatego, że obiecano im darmowe kiełbaski, koncert gwiazdy jednego sezonu czy zdjęcie z kimś, kto akurat pełni urząd. Przyjechali dla wspólnej pasji. Sami zorganizowali zlot, skrzyknęli się przez Facebooka, producent gry dorzucił niewielkie wsparcie i wystarczyło. Okazuje się, że gdy ludzi naprawdę coś łączy, nie potrzeba wielkich budżetów. Potrzeba tylko dobrej woli.
Najbardziej fascynujące nie jest jednak samo wydarzenie. Najbardziej fascynująca jest cisza wokół niego.
Gdyby przypadkowy przechodzień nie zajrzał za drzwi sali, mógłby odnieść wrażenie, że w Suszu nic się nie dzieje. Ponad dwieście osób z całej Polski spędza tutaj pięć dni, korzysta z noclegów, sklepów, restauracji, poznaje miasto, opowiada o nim znajomym. Marketingowcy nazwaliby to promocją marzeń. Tymczasem miejscowa rzeczywistość zachowuje się tak, jakby ktoś przykrył całe wydarzenie niewidzialnym kocem. Nie ma transmisji na żywo. Nie ma obowiązkowych zdjęć osób, które potrafią znaleźć się na fotografii szybciej niż fotograf zdąży wyjąć aparat. Nie ma uroczystych przemówień o integracji społecznej, innowacyjności ani budowaniu marki miasta. Jest za to coś znacznie bardziej niebezpiecznego. Impreza udaje się sama. A przecież świat współczesny zdaje się wierzyć, że wydarzenie istnieje dopiero wtedy, gdy zostało opublikowane piętnaście razy i opatrzone odpowiednią liczbą uśmiechniętych twarzy patrzących w obiektyw bardziej niż na ludzi obok siebie.
Paragraf 22 działa tutaj z matematyczną precyzją. Jeśli wydarzenie promują oficjele, jest sukcesem, nawet gdy niewiele się dzieje. Jeśli wydarzenie organizują zwykli ludzie i odnosi ono prawdziwy sukces, nie istnieje, bo nikt ważny nie zdążył się przy nim sfotografować. A skoro nie istnieje, nie trzeba o nim mówić. Logika doskonała. Tak doskonała, że aż absurdalna.
Patrzyłem na tych ludzi pochylonych nad kostkami Rummikuba i pomyślałem, że być może właśnie tak wygląda normalność, o której coraz częściej zapominamy. Bez hałasu. Bez ideologii. Bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Kilkaset osób spotyka się tylko dlatego, że lubi swoje towarzystwo. Dzisiaj brzmi to niemal jak fantastyka naukowa. Heraklit powiedział, że charakter człowieka jest jego losem. Być może charakter wspólnoty jest również jej losem. Bo jedne społeczności potrafią dostrzec skarb leżący u własnych stóp, a inne przez lata szukają złota na horyzoncie, nie zauważając, że depczą po nim każdego dnia. A współczesny filozof Alain de Botton zauważył, że największą sztuką jest dostrzec to, co niezwykłe w tym, co zwyczajne. Może właśnie dlatego dwieście osób przy stołach z kolorowymi kostkami mówi o Suszu więcej niż niejedna oficjalna uroczystość z fanfarami i przemówieniami.
Nie mam oczywiście pretensji do ciszy. Cisza często jest mądrzejsza od huku. Zastanawia mnie tylko, dlaczego tak często milknie właśnie wtedy, gdy wydarza się coś naprawdę wartościowego. Może odpowiedź jest prostsza, niż chcielibyśmy przyznać. Blask reflektorów nie zawsze pada tam, gdzie świeci prawdziwe światło.A jednak nie ma powodu do rozpaczy. Dopóki ludzie potrafią przyjechać z drugiego końca Polski, usiąść naprzeciw siebie przy jednym stole, śmiać się, rozmawiać i cieszyć wspólnie spędzonym czasem, świat jeszcze nie zapomniał, czym jest wspólnota.
Reszta? Cóż... za tydzień kolejne Dni Susza i jak zawsze, znowu zobaczymy flesze, transmisje i obowiązkowe uśmiechy. Ale mnie w pamięci pozostanie obraz sali pełnej ludzi, którzy nie przyjechali po to, by ich zauważono. Przyjechali, żeby po prostu być razem. I mam dziwne przeczucie, że historia zapamiętuje właśnie takich ludzi znacznie dłużej niż tych, którzy nie potrafią przejść obok aparatu fotograficznego obojętnie.