16/03/2026
Ja wiem, że to nie po paszczakowsku publikować dwa posty dziennie, ampak...
Byłam właśnie w Kulturnim Domu w Kropie, gdzie zgłosiłam się jako wolontariuszka - wczoraj mieliśmy ekstra koncert muzyki poważnej (ludje aż z Lublany przyjechały!), ergo można się było przydać wlewając peninę do kieliszków, i takie tam.
Okazało się, że nie można ogarnąć dziesiątek naczyń po poczęstunku, bo jak się włączy wyparzarkę, to siądą korki (jednocześnie bowiem działała grzałka do mięsiwa).
Wiem, że nasz Anže zasuwa tam jako wolontariusz, więc mówię - ej, to może ja jutro koło południa wpadnę ogarnąć te naczynia?
Mam bowiem do DK trzy minuty z buta.
Anžej skwapliwie się zgodził, i dzisiaj przy wyparzarce rozmawialiśmy sobie o opiece paliatywnej, samotności, alkoholu i samobójstwach.
On jest, że tak powiem, z branży, pisze doktorat na temat znaczenia muzyki w opiece paliatywnej (ciekawe, że szok!), a ja, wiadomo - suicydolożka, terapeutka... No i Polka.
A my mamy, proszę państwa, w Polsce i w Słowenii bardzo wysokie wskaźniki samobójstw, na žalost.
Już mam wychodzić, jak wbija Branko. O głowę ode mnie niższy, typowy wuja, złoty łańcuch na szyi zdradza serbskie korzenie. Z zachwytem taksuje mnie wzrokiem i mówi: o rety, Anže nie wspominał że taka piękna pani (gospa), czy raczej panna (punca) tutaj przychodzi!
-Gospodična (panna) podrzucam, darując mu to staromodne zagajenie.
Bo widać od razu było, że to fajny wuja.
Na propozycję, żeby napić się z nimi šnapsa (od którego Anže wymawia się, idąc w piwo bezalko) odmawiam - mówię, że jeszcze dzisiaj muszę tłumaczyć, a alko w tym nie pomaga.
Okazuje się, że B. ma urodziny, a jego żona jest w szpitalu.
Zostaję na bezalko, które owocuje jedną z ciekawszych gawęd po słoweńsku
Szczegóły jutro, na razie zdradzę Wam otwarcie: Branko, solenizant i stróż, przyjrzał mi się bacznie i wypalił:
- A czy panna Aleksandra nie powinna prowadzić dziennika? O Kropie? O nas?
Po godzinie rozmowy poszłam wypróbować miejscowego Rolanda.